Saturday, February 25, 2006

Pan Błyszczyński

Bolesław Leśmian

Ogród pana Błyszczyńskiego zielenieje na wymroczu,
Gdzie się cud rozrasta w zgrozę i bezprawie.
Sam go wywiódł z nicości błyszczydłami swych oczu
I utrwalił na podśnionej drzewom trawie.

Kiedy zmory są zajęte przyśpieszonym zmorowaniem
Między mgłą a niebem, między mgłą a wodą –
Zielna zjawa swe dłonie zbezcieleśnia ze łkaniem
Nad paprocią – nad pokrzywą – nad lebiodą.

W takiej chwili Bóg przelatał, pełen wspomnień wiekuistych.
Ścieżką podobłoczną – właśnie, że tułaczą –
I przystanął na zbiegu dwojga tęsknot gwiaździstych,
Gdzie się widma migotliwie bylejaczą.

Zaszumiało jaworowe, ale chyba wbrew jaworom –
Samym cisz zamętem, samych cisi utratą...
"Kto te szumy narzucił moim dumnym przestworom?
Kto ten ogród roznicestwił tak liściato?..."

Cisza... Nikt nie odpowiada. Płyną chmury i godziny...
Wszelka dal w niebiosach – to dal zagrobowa.
Pan Błyszczyński w świat nagle z trwożnej wyszedł gęstwiny
Szepnął: "Boże!" – i powiedział takie słowa:

"Był w zaświatach – sen i wicher i zaklętej burzy rozgruch!
Boże, snów spełnionych już mi dziś nie ujmuj!
Jam te drzewa powcielał! To – mój zamysł i odruch...
Moje dziwy... Moje rosy... Dreszcz i znój mój!

Przebacz smutkom i widziadłom, nie znającym rodowodu,
I opacznym kwiatom, com je snuł z niczego...
Moja wina! O, Boże, wejdź do mego ogrodu!
Do ogrodu!... Do – mojego!... Do – mojego!...

Wyznam Tobie całą zwiewność, całą gęstwę mojej wiary
W życie zagrobowe kwiatów i motyli.
Wejdź do mego ogrodu! I cóż z tego, że czary!...
I cóż z tego, że ułuda nikłej chwili!...."

Wszedł w gęstwinę, co szumiała poza życia drogowskazem.
Sami byli teraz. Oko w oko – sami.
Nic do siebie nie rzekli i ciemniejąc, szli razem
Alejami – alejami – alejami!

Ogród śnił się... Tu i ówdzie dąb prześniony zżółkł i powiądł.
Każdy krzew sam w sobie miał zaświata wygląd.
Sporo było w gałęziach – cisz zbłąkanych i sowiąt,
Lecz nie było ani świerszczy, ani szczygląt.

Uciekały się niebiosy pod najdalszych gwiazd obronę,
Miesiąc złotym rogiem chmurę mgliście pobódł.
Trzepotały się w piachu dusze zmarłych, spragnione
Nowych zgonów i pośmiertnych w mroku swobód.

Coś złociście wyspowego w daleczyźnie alej pełga –
Można taką wyspę brwi skinieniem spłoszyć...
Świetlikami za chwilę północ w zieleń się wełga,
Niepokojąc gmatwaninę leśnych poszyć.

Pan Błyszczyński sprawdzał ogród, czy dość czarom jego uległ –
I czy szum i poszum dość jest rzeczywisty –
I czy liszaj na dębie – jadowity brzydulek –
Dość się wgryza w złudną korę i w pień śnisty?...

Badał jeszcze, czy ptak-lilia dość skowrończo w przyszłość śpiewa,
I czy wąż-tulipan wiosny jest oznaką...
I spojrzeniem przymuszał przeciwiące się drzewa,
By do zwykłych podobniały jako-tako...

Drapieżniały zbyt cudacznie zdradnych kwiatów niebywałki,
A gałęziom ciążył złej wieczności nawał.
Pod stopami przechodniów piach niepewny i miałki
Tyleż istniał, ile istnieć zaprzestawał.

Szli, aż doszli tam, gdzie w mrzonce zagęstwionej i niczyjej
Cień dziewczyny jaśniał oczu w dal rozbłystką,
A jej usta i piersi i ramiona i sny jej
Były takie, żeby właśnie kochać wszystko...

Rzęsy miała dosyć złote, by rozwidnić blaskiem rzęs tych
Dno zmyślonych jezior, gdzie mży śmierć zmyślona –
Warkocz łatwo się płoszył, więc skrzydłami fal gęstych
Wciąż uciekał i powracał na ramiona.

Bóg w nią spojrzał, kiedy właśnie wynurzona z mgieł spowicia
Urojone oczy w modre nic rozwarła.
"Kto ją stworzył?" – zapytał. "Nikt, bo przyszła bez życia
I bez śmierci, więc nie żyła i nie zmarła...

Próżno szukam w jej warkoczu źdźbeł istnienia, snu okruszyn,
Próżno chcę ugłaskać pozłocisty kędzierz!
Tak mnie wzrusza ten niebyt, cudny niebyt dziewuszyn!...
Bądź miłościw niebytowi... Wiem, że będziesz...

Wyłoniłem z mroku ogród, oderwany od przyczyny,
Rozkwieciłem próżnię, namnożyłem ścieżek –
I już wszystko rozumiem, prócz tej jednej dziewczyny,
Prócz tej jednej, którą kocham!" Bóg nic nie rzekł.

"Znam usilność rzeczy sennych i znużenie rzeczy martwych.
Ogród mój chwilami wolałby – bezlistnieć...
Boże, nie skąp w obłokach błogosławieństw i kar Twych
Tym, co wiedzą, że ich nie ma – a chcą istnieć!

W Twych przestworach coś się stało... Mgła o cud się dopomina...
Z tamtej strony świata modlą się zawieje.
I w tych strasznych bezczasach taka nagła dziewczyna
Tak niebarznie poza życiem – cieleśnieje!

Zbliż się do niej, ciemny jarze! Zbliż się do niej, modra strugo!
Czemuż pies mój wyje na jej czar cichutki?
Może zimne jej usta są ostatnią posługą
Dla tych właśnie, którzy wierzą tylko w smutki.

Znajn niedolę wniebowstąpień! Znam wskrzeszonych ust niedolę!
I płacz wśród zieleni... I zgon sierociński...
I to wszystko mnie boli!... Ja – sam siebie tak bolę!" –
Wołał w bezmiar i ku Bogu pan Błyszczyński.

Ale Boga już nie było... Pustka padła wzdłuż na kwiaty.
Widma drzew szeptały: "Zmiłuj się nad nami." –
Błogosławiąc snom wszelkim, leciał w dalsze wszechświaty
Powietrzami, wstrząsanymi powietrzami.

Pewno widać było z nieba, że świat mija i przeminie,
I że snom przyświeca – woda na kamieniu...
Pan Błyszczyński zaszeptał w usta niemej dziewczynie:
"Błędny cieniu, marny cieniu, cudny cieniu!

Zabłękitnij – odbłękitnij... I mów wszystko i nie domów!...
Czy tu jest ów wszechświat, gdzieś zgubiła siebie?
Może ci się należy wśród innych ogromów
Inna zieleń – inna nicość – w innym niebie.

Nie zaczęłaś dotąd istnieć w żadnym półśnie, w żadnym grobie,
Dotąd stóp twych śladu nie stwierdziły kwiaty –
Podczas twego niebytu zakochałem się w tobie,
Naraziłem mroczne ciało na zaświaty!

Czy mam z tobą iść w głąb żalu, czy w tę inną głąb doliny,
Nim świat zginie śmiercią, niebem malowaną?...
I jak dążyć do ciebie – do niebyłej dziewczyny –
Ty – mgło moja, usta drogie, złota piano!...

Oto resztki mych przeznaczeń: noc niedobra i dzień sępny –
Oto – popłoch czarów, gdy je miłość zrani!
Od nicości do ust twych – ledwo jeden krok wstępny,
Od otchłani poprzez dreszcze – do otchłani!

Śni się liściom – nieskończoność. Śni się wiosłom – dno i łódka.
Odtrącone zorze raz na zawsze bledną...
Czy śmierć w nic nas rozśmieje, czy nas z nowych łez utka –
Wszystko jedno, tchu ostatni, wszystko jedno!

Noc zabije nas nie mieczem, lecz jaśminem i konwalią –
I zaciszem mogił – i oddechem sadu!
Prędzej pochwyć treść nocy i ucałuj i spal ją,
Żeby po niej nie zostało ani śladu!

Wszystkim widmom chce się zginąć takim nagłym wielozgonem,
Żeby brak ich we śnie – był dla jawy ulgą.
A mój upiór śpi w jarze – na wybrzeżu zielonem,
Gdy go znajdziesz, pusty cieniu – zbudź i tul go!

Tam – wysoko i najwyżej – między niebem a nadrzewiem
Włóczy się srebrnawo – cisza i znikomość.
Tak o tobie nic nie wiem, tak cudownie nic nie wiem,
Że miłością jest ta moja – niewiadomość!"

Umilkł nagle pan Błyszczyński i popatrzył w dal niecałą,
Świateł i przeznaczeń było coraz więcej.
A on kochał ją w usta, kochał w stopy, w pierś białą –
I minęło różnych czasów sto tysięcy!

Ramionami ją ogarniał, a ustami doogarniał,
Oczom z gwiazd przyrzucał patrzącego złota,
Lecz cień w jego objęciach wciąż samotniał i marniał
I nie wiedział, że to – miłość i pieszczota.

Noc z roziskrzeń, wróżb i mgławic promienisty splotła batog,
Żeby nim biczować nie dość chętne groby,
A w księżycu się jarzył wykres cieśnin i zatok,
Gdzie nic nie ma, prócz oddali i żałoby.

Mrok zaskomlał w pustym dębie, zagwizdała nicość w klonie,
I rozbłysła w księżyc – śmierć i pajęczyna...
Pan Błyszczyński zrozumiał i załamał swe dłonie
I pomyślał: "W nic rozwieje się dziewczyna!"

W nic rozwiała się dziewczyna i jej czar, poczęty w niebie,
I pierś, zakończona różową soczystką.
I rozpadło się ciało na żal straszny do siebie
I niewiedzę o tym żalu!... I to – wszystko...

Nie umarła, lecz umarło jej odbicie w jezior wodzie.
Już się kończył zaświat... Ustał cud dziewczyński...
O, wieczności, wieczności, i ty byłaś w ogrodzie!
I był blady, bardzo blady pan Błyszczyński.

Friday, February 24, 2006

z "Cyberiady"

Stanisław Lem

Nieśmiały cybernetyk potężne ekstrema
Poznawał, kiedy grupy unimodularne
Cyberiady całkował w popołudnie parne
Nie wiedząc, czy jest miłość, czy jeszcze jej nie ma?

Precz mi, precz, Laplasjany z wieczora do ranka
I wersory wektorów z ranka do wieczora!
Bliżej przeciwobrazy. Bliżej bo już pora
Zredukować kochankę do objęć kochanka!

On drżenia współmetryczne, które jęk jednoczy
Zmieni w grupy obrotów i sprzężenie zwrotne
A takie kaskadowe, a takie zawrotne,
Że zwarciem zagrażają idąc z oczu w oczy!

Ty, klaso transfinalna! Ty silna wielkości!
Nieprzewiedlne Continuum! Produkcie biały!
Christoffela ze Stoksem oddam na wiek cały
za pierwszą i ostatnią pochodną miłości.

Twych skalarnych przestrzeni wielolistne głębie
Ukaż uwikłanemu w teoremat ciała
Cyberiado cyprysów, bimodalnie cała
W gradientach rozmnożonych na loty gołębie

O nie dożył rozkoszy kto tak bez siwizny
Ani w przestrzeni Weyla, ani Browera
Studium topologiczne uściskiem otwiera
Badając Moebiusowi nieznane krzywizny

O wielopowłokowa uczuć komitonto
Wiele trzeba Cię cenić, ten się dowie tylko
Kto takich parametrów przeczuwając fantom
Ginie w nanosekundach płonąc każdą chwilką

Jak punkt wchodząc w układ holonomiczności
Pozbawiony współrzędnych zera asymptotą
Tak w ostatniej projekcji ostatnią pieszczotą
Żegnany - Cybernetyk umiera z miłości

Thursday, December 15, 2005

W czarnej urnie

Stanisław Staszewski

W czarnej urnie moich wszystkich czarnych lat
Czarna błyskawica spala czarny kwiat
Czarne słońca gasną, wschodzi czarny nów
Spieszmy się, nim czarny dzień powróci znów
Twoje ciało złote zwija się jak dym
Drga i złotym potem płonie, a ja w nim
W czerni tonąc piję złoto z Twoich ust
Tak jak tamtej wiosny sok z rozdartych brzóz
Ale wciąż dokoła pełznie tamten świat
Mych toporów krwawych, Twoich barwnych szmat
Wciąż ciaśniejszy wokół poplątany krąg
Co raz częściej straszy zimno naszych rąk

Ni nam samym, ni we dwoje zostać nam
Ni nam samym, ni bez siebie żyć

Nie odmieni żaden spazm
Mgły co była stalą w stal znów
Nie próbujmy jeszcze raz skuwać się łańcuchem słów

Ilu istnień czas jak jedna chwila zbiegł
Jak to dawno może tydzień, może wiek
Na mój barłóg czas jak deszcz jesienny mży
Zmywa ślady moich łez i Twojej krwi
I okrywa z wolna zapomnienia płaszcz
Noc, gdy pierwszy raz pluliśmy sobie w twarz
Śpiewaliśmy wtedy, szczęście - ja, Ty - fart
Jak sztylety wbici w siebie, aż do gard
Serce pękło z żalu, dłoni zimną kiść
Ogrzej nad popiołem już możemy iść
Ty w swe zamki z błota, ja w śmierdzący szynk
A dom pusty jak pałacyk Mayerlink

Słyszę Twój stłumiony głos
Mówisz słowa gorzkie przez łzy
Lecz już we mnie tylko złość
Zimna wściekłość, już nie Ty

Wednesday, November 02, 2005

Jesień

Edward Stachura

Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście zrywać kolejno
jakby godziny istnienia

Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu

I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni
zostawić komuś i umrzeć

Thursday, September 15, 2005

Nie umiem odpowiedzieć

Jonasz Kofta


Nie chcemy nic
Umiemy żyć
Gdy jesień tli się niedopalona
Umiemy żyć
Powietrzem żyć
Dym masz we włosach
Kwiat suchy w dłoniach
Ostatni deszcz – już pierwszy śnieg
Marzniemy i źle nam się wiedzie
Pytasz:
„Dlaczego dobrze jest?”
A ja nie umiem odpowiedzieć

Przybyło nam
Dostatnio nam
Ale zamyślasz się coraz częściej
Nawet twój uśmiech
Nie ten sam
Nie współczujemy sobie
W tym szczęściu
Coś zgubiliśmy, tylko gdzie
I gdzie codzienność syta nas powiedzie
Gdy spytasz:
„Czemu jest tak źle?”
Nie będę umiał odpowiedzieć

* * */po co../

Bolesław Leśmian


Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?
Ciału memu nic już złego się nie zdarzy.

Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę -
Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.

Lezę właśnie, zapatrzony w wieńcow liście,
Uroczyście - wiekuiście - osobiście.

Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,
Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć...

Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,
Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!

Z dłońmi tak splecionymi...

Bolesław Leśmian


Z dłońmi tak splecionymi, jakbyś klęcząc, spała,
W niedostępne mym oczom wpatrzona widzenie,
Płaczesz przez sen i wstrząsem wylęklego ciała
Błagasz o nagłą pomoc, o rychłe zbawienie.

Jeszcze płaczu niesytą do piersi cię tulę,
A ty goisz się we mnie, niby lgnąca rana,
A ja płacz twój całuję, biodra i kolana
I ramię i zsuniętą z ramienia koszulę.

Lecz karmiony ust twoich spłakanym oddechem,
Nie pytam o treść widzeń. Dopiero z porania
Zadaję ciemną nocą tłumione pytania.
Odpowiadasz bezładnie - ja słucham z uśmiechem.

Samotność

Rainer Maria Rilke


Samotność jest jak deszcz.
Z morza powstaje, aby spotkac zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.

Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem - bardziej jeszcze sami:

samotność płynie całymi rzekami.


(tłum. Janina Brzostowska)

W ogrodzie wyobrażeń

Jerzy Andrzej Masłowski

W ogrodzie wyobrażeń zawsze jestem sobą
poranki mają smak czereśni,
a wieczoram - tak jak dawniej - chodze z tobą
nocami elfy nuca pieśni

Tu ani nieznajomi, anie przyjaciele
w rękawach nie chowają asów
i stąd sie nigdy nie przechodzi do historii
będąc tym kimś z ciekawych czasów

Tu nie ma dumnych władców, co z kropelki wody
robią ocean niespokojny,
nie ma na niebie czarnych wichrów ani komet
tych co zlatują sie na wojnę

A zimy przemijają niczym pastorałki
lata nie znają kalendarzy
w kazdym pytaniu zapisana jest odpowiedź
i tylko... nie ma o czym marzyć.


i fragment jakiegoś innego wiersza:

Wiem, ze wiosna, że na drzewach kwitną pąki
jeden od drugiego bielszy
ty przeczuwasz w nich maleńskie ziarnko życia
a ja - zalążek śmierci

(z Masłowskiego)

Jerzy Andrzej Masłowski


Nie znajdę...

Nie znajdę cieplejszych słów dla ciebie
jak nie znajdę miliardów w miliardzie
Nie pokocham ciebie jeszcze mocniej
tak jak kiedyś nie umrę bardziej.


Z kapliczek

Z kapliczek, ikon, z ołtarzy
zawsze z daleka, z wysoka
spoglądasz surowo, wyniośle...
Tak się nie patrzy, gdy się kocha.


Pewnie myślisz

Pewnie myślisz, ze rade sobie dam
i że ten koszmar uda mi się przezyć
Chciałbym wierzyć w Ciebie mocno tak
jak Ty we mnie wierzysz

Dawniej niż wczoraj

Jerzy Andrzej Masłowski

Dawniej były w piwnicy
Strzygi, dziwolągi
a na strychu ogromne
pająki - kabłąki.
W starym domu, naprzeciw
żyła biała dama
co w księzycowe noce
lunatykowała.
W kącie ogrodu stała
wierzba rosochata,
a w jej dziupli był tunel
do innego świata,
którym, tuż po północy,
- jak chodziły słuchy -
przybiegały z zaświatów
bladosine duchy.
Nieopodal był rynek
gdzie, w wysokiej wieży
żyły ponoc wampiry
w skórach nietoperzy.
I nawet wilkołaki
mieszkały w sąsiedztwie.
I było tak magicznie.
Strasznie. I bezpiecznie.

Alchemicy szczęścia

Jerzy Andrzej Masłowski

Alchemicy szczęścia
nasi wielcy bracia
mają wolne miejsca
do lepszego świata
Patrzą na nas z góry
patrzą w pełni chwały
zawsze nieomylni
zawsze doskonali

Tylko oni wiedzą
czego nam potrzeba
czasem nas zabiorą
do samego nieba
Kradną nasze myśli
dla wspólnego dobra
wiedzą ile odjąć
wiedzą ile dodać

Alchemicy szczęścia
znają naszych wrogów
tylko oni jedni
rozumieją bogów
Znają nasze kłamstwa
znają nasze rządze
wiedzą jak żyć godniej
wiedzą jak żyć mądrzej

Co dzień robią wszystko,
by nam było lepiej
czasem nam podrzucą
miedzianą monetę
Tylko oni jedni
mają czyste ręce
tylko oni wiedzą
jak wygląda szczęście

Kiedyś przyjdzie...

Jerzy Andrzej Masłowski

Kiedyś przyjdzie, nieoczekiwanie
może w nocy, o świcie lub w dzień
stanie w progu dyskretnie i cicho
kiedyś przyjdzie, ja to dobrze wiem.

Nic nie mówiąc popatrzy mi w oczy
i odnajdzie w nich na samym dnie
wiele potknięć, krzywd i rozczarowań
i nadziei, i soli, i klęsk.

Kiedyś przyjdzie i stanie tuż obok
dotknie włosów, i ramion, i warg
Zaskoczony nic chyba nie powiem
w jednej chwili zatrzyma się czas

Nagle wszystko przestanie być ważne
poza nami nie bedzie już nikt
jednym gestem odsunie na zawsze
Wszystkie lęki, tęsknoty i łzy

Może wtedy to będzie mi dane,
abym znalazł ukryte na dnie
Wszystkie prawdy do końca nie znane
mego życia i bezsens, i sens

Kiedys przyjdzie i dotknie mych ramion
i przebiegnie mnie nieznany dreszcz
- Nie poznajesz mnie - cicho zapyta -
- To ja... Twoja śmierć.

(Z Szekspira)

Stanisław Barańczak


Hamlet

Duch: brat jad wlał do ucha.
Syn ducha: o, psiajucha!
Stryja w ryj? Drastyczny krok.
Zwłoka. Jej finał: stos zwłok.


Romeo i Julia

Rady Werony: wraży raban.
Młodzi: hormony. Starzy: szlaban.
Mnich: lekarstwem zielarstwo?
Finał: trup grubą warstwą.


Otello

Tło: gondole i doże.
Centrum uwagi: łoże.
Wąż: Jago. Mąż: "Ja go!..." Duszona:
Żona. Finał: obsada kona.


Makbet

Szkot: bestia bitna.
Żona: ambitna.
Ręce umywa. Ma gdzieś.
Bór: marsz na mur! Finał: rzeź.


Król Lear

Król ojciec: lebiega.
Błazen: go ostrzega.
Córki: dwie złe, jedna lepsza.
Finał: wszystko się rozpieprza.

Szczęście

Bolesław Leśmian

Coś srebrnego dzieje się w chmur dali
Wicher do drzwi puka, jakby przyniósł list
Myśmy długo na siebie czekali
Jaki ruch w niebiosach słyszysz burzy świt?
Ty masz duszę gwiezdną i rozrzutną
Czy rozumiesz pośpiech pomieszanych tchnień
Szczęście przyszło - czemuż nam tak smutno
Że przed jego blaskiem uchodzimy w cień
Czemuż ono w mroku szuka treści
I rozgrzesza nicość i zatraca kres
Jego bezmiar wszystko w sobie zmieści
Oprócz twego lęku, oprócz moich łez

Elegie Duinejskie - I

Rainer Maria Rilke

Któż, gdybym krzyknął, usłyszałby mnie z zastępów
anielskich? A gdybym nawet któryś z aniołów
przycisnął mnie nagle do serca : musiałbym umrzeć
od jego silniejszej istoty. Albowiem piękno jest tylko
przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy
z takim podziwem, gdyż beznamiętnie pogardza
naszym unicestwieniem. Straszliwy jest każdy anioł.
Więc się powściągam i dławię zaklinając wołanie
ciemnego łkania. Ach, któż mógłby nam być
użyteczny? Nie aniołowie, nie ludzie,
a przemyślane zwierzęta już są na tropie,
że nie jesteśmy bezpiecznie zadomowieni w świecie,
który chcemy zrozumieć. Zostanie nam może
jakieś drzewo na stoku, byśmy je co dzień
oglądali na nowo; zostanie wczorajsza droga
i krnąbrna wierność przyzwyczajenia, któremu
spodobało się u nas, i tak zostało, i nie odeszło.
O, i noc, noc, gdy wicher pełen przestworów
niszczy nam twarz - dla kogo by nie pozostała
utęskniona, rozczarowująca błogo, kiedy samotnie czeka
na nią serce strudzone. Czy lżejsza jest dla kochających?
Ach, tylko ukryli wzajemnie przed sobą swój los.
Czy tego jeszcze nie wiesz? Dorzuć z ramion twych próżnię
do oddychalnych przestrzeni; a może ptaki
poczują lotem wnikliwym rozszerzone powietrze.(...)

Głosy, głosy. Nasłuchuj, moje serce, jak jeszcze
tylko świeci słuchali: aż potężne wezwanie
unosiło ich ponad ziemię, lecz oni klęczeli dalej,
Nieprawdopodobni, i nie zważali na to:
tak byli zasłuchani. Nie, żebyś mógł i zdołał
przetrzymać głos Boga. Lecz słuchaj wielkiego powiewu,
tej nieprzerwanej wieści, która kształtuje się z ciszy.
Od owych młodych umarłych biegnie ku tobie jej szept.
Gdzieśkolwiek wchodził, w kościołach Rzymu i Neapolu
czy nie zagadał do ciebie spokojnie ich los?
Lub jakiś napis narzucał ci się z powagą,
tak jak niedawno płyta w Santa Maria Formosa.
Czego ode mnie żądają? Muszę cicho zdjąć pozór
krzywdy, która ruch czysty ich duchów
od czasu do czasu nieznacznie obciąża.

Zaprawdę, to osobliwe, nie przebywać już odtąd na ziemi,
wyuczone zaledwie porzucić zwyczaje,
różom i innym odrębnie obiecującym rzeczom
nie dawać znaczeń ludzkiej przyszłości, już nigdy.
Tym, czym się było w dłoniach tak nieskończenie trwożnych,
nie być już więcej i nawet własne swe imię
porzuć, jak się porzuca połamaną zabawkę.
To osobliwe, już nie mieć życzeń. To osobliwe,
wszystko, co było związane, ujrzeć w przestrzeni
rozpierzchłe. A być umarłym to trud
i doganianie straty, aby odczuć powoli
cząstkę wieczności. - Lecz żyjący wciąż popełniają
wszyscy ten błąd, że odróżniają zbyt mocno.
Anioły - jak niesie wieść - często nie wiedzą, czy idą
między żywymi, czy umarłymi. Prąd wieczny
przez oba okręgi porywa pokolenia ludzkie,
unosząc wiecznie ze sobą, i zagłusza je w obu.

W końcu nie dbają o nas ci, który wcześnie odeszli,
od bytu ziemskiego odwyka się lekko, jak się od piersi
matki odłącza łagodnie. Ale my, którym trzeba
tak wielkich tajemnic, którym z żałoby tak często
wynika rozkwit błogi: czyżbyśmy mogli żyć bez nich?
Czyż jest na darmo legenda, że w trenach po Linosie
pierwsza nieśmiała muzyka przemogła drętwą martwotę,
że wpierw w zatrwożonej przestrzeni, z której półboski młodzieniec
nagle na zawsze wyszedł, rozkołysała się próżnia,
ta, która dziś nas porywa, pociesza, wspomaga.

Z technologii łez

Zbigniew Herbert


W obecnym stanie wiedzy tylko łzy fałszywe nadają się do obróbki i dalszej produkcji. Łzy prawdziwe są gorące, wskutek czego bardzo trudno oddzielić je od twarzy. Po doprowadzeniu do stanu stałego okazało się, że są bardzo kruche. Nad problemem eksploatacji łez prawdziwych głowią się technolodzy.


Łzy fałszywe przed mrożeniem poddaje się zabiegowi destylacji, gdyż z natury są mętne i doprowadza się je do stanu, w którym pod względem czystości nie ustępują prawie łzom prawdziwym. Są bardzo twarde, bardzo trwałe i nadają się nie tylko do ozdób, ale także do krajania szkła.

Kot

Zbigniew Herbert


Jest cały czarny, lecz ogon ma elektryczny. Gdy śpina słońcu, jest najczarniejszą rzeczą, jaką sobie możnawyobrazić. Nawet we śnie łapie przerażone myszki. Poznaćto po pazurkach, które wyrastają mu z łapek. Jest straszniemiły i niedobry. Zrywa z drzew ptaszki, zanim dojrzeją.

Gdybym mógł sobie wybrać...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Gdybym mógł sobie wybrać śmierć podług mej woli,
chciałbym z wolna utracać świadomość istnienia,
przestawać czuć, co rozkosz przynosi lub boli,
i pogrążać się w cichą otchłań zapomnienia.

Siedem filiżanek herbaty

Chińska Biblia z III w. p.n.e. tłumaczy rytuał picia siedmiu filiżanek herbaty:
pierwsza jest źródłem smaku w ustach
druga łagodzi poczucie osamotnienia
trzecia budzi uczucie radości
czwarta jest eliksirem na smutki
piąta oczyszcza ciało
szósta jest źródłem nieśmiertelnego geniuszu
siódma sprawia, że pijący doznaje wrażenia lotu

Aniołowie

Bolesław Leśmian

***

Skąd oni rodem? Z czyjego kochania?
I kto takiego udzielił im chrzestu,
Że pierś ich nigdy nie jest bez śpiewania,
A skrzydła nigdy nie są bez szelestu?

I kto ich zmyślił? Kto wywiódł ich z marzeń?
I dla jakiego pod ziemią powodu?
I dla jakiego na ziemi ogrodu?
Dla jakich jeszcze na niebie wydarzeń?

Kto pierwszy wyznał, nad czyją mogiłą
To słowo: «anioł», skrzydłami objawne,
I czemu wyznał tak dziwnie, że było
Od razu święte, od razu pradawne?

I czemu, w zgony zapatrzon słoneczne,
Tym, których nie ma, dał imię tak wieczne?

Księga godzin

Rainer Maria Rilke

***

Tyle Aniołów szuka Cię w jasności,
czołem trącając o gwiazdy na niebie
i z wszystkich blasków chcąc uczyć się Ciebie,
Lecz odwróciwszy twarz w nieukojności,
odchodzą z płaszcza Twego wspaniałości, -
to czuję zawsze, gdy się w pieśń zagrzebię.

Bo Tyś do złota jeno zjechał w gości.
Tylko dla czasu, który Twą osnowę
wbłagał w modlitwy swoje marmurowe,
jako król komet, w aureoli kras
zjawiłeś się, podnosząc dumnie głowę.

Ale odszedłeś, gdy przeminął czas.

Usta wiejące ciemne masz jak las,
a ręce Twoje są hebanowe.


***

Tyś jest mrukliwy zakopcony,
i Tyś na piecu każdym cicho legł
Wiedzę zacieśnia zawsze czasu brzeg.
Ty jesteś ciemny nieświadomy
po wieków wiek.
Tyś jest proszący, zalękniony,
który na sensie wszystkich rzeczy ciąży,
Tyś jest sylabą w wielkim śpiewie,
co wraca w głosów potężnej ulewie
i coraz bardziej drżąca krąży.

Od innych nauk Tyś daleki:
Bo Ty nie chodzisz pomiędzy przepychy
i nie do Ciebie płyną złota rzeki,
Tyś jest ów skromny ciułacz cichy.
Tyś jest chłop brodaty, tułacz
po wieków wieki.


***

Zgaś moje oczy: ja Cię widzieć mogę,
uszy zatrzaśnij: ja Ciebie usłyszę –
i ja do Ciebie bez nóg znajdę drogę
i bez ust krzyk mój cisnę w Twoją ciszę.
Ręce mi odrąb, a ja Cię pochwycę,
ja Cię pochwycę sercem jak ramieniem,
zawrzyj mi serce: mózgiem cię zdobędę,
a skoro mózg mi wypalisz płomieniem,
ja na krwi mojej Ciebie nosić będę.

Wednesday, September 14, 2005

Enivrez-vous

Charles Baudelaire, Le Spleen de Paris


Il faut être toujours ivre. Tout est là: c'est l'unique question. Pour ne pas sentir l'horrible fardeau du Temps qui brise vos épaules et vous penche vers la terre, il faut vous enivrer sans trêve.

Mais de quoi? De vin, de poésie ou de vertu, à votre guise. Mais enivrez-vous.

Et si quelquefois, sur les marches d'un palais, sur l'herbe verte d'un fossé, dans la solitude morne de votre chambre, vous vous réveillez, l'ivresse déjà diminuée ou disparue, demandez au vent, à la vague, à l'étoile, à l'oiseau, à l'horloge, à tout ce qui fuit, à tout ce qui gémit, à tout ce qui roule, à tout ce qui chante, à tout ce qui parle, demandez quelle heure il est; et le vent, la vague, l'étoile, l'oiseau, l'horloge, vous répondront: «Il est l'heure de s'enivrer! Pour n'être pas les esclaves martyrisés du Temps, enivrez-vous; enivrez-vous sans cesse! De vin, de poésie ou de vertu, à votre guise!»

Kto chce, bym go kochała

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Kto chce, bym go kochała nie może być nigdy ponury
I musi potrafić mnie unieść na ręce wysoko do góry.
Kto chce, bym go kochała, musi umieć siedzieć na ławce
I przyglądać się bacznie robakom i każdej najmniejszej trawce.

I musi tez umieć ziewać, kiedy pogrzeb przechodzi ulicą,
Gdy na procesjach tłumy pobożne idą i krzyczą.
Lecz musi być za to wzruszony, gdy na przykład kukułka
Kuka lub, gdy dzięcioł kuje zawzięcie srebrzysta powłokę buka

Musi umieć pieska pogłaskać i mnie musi umieć pieścić
I śmiać się, i na dnie siebie żyć słodkim snem bez treści,
I nie wiedzieć nic jak ja nic nie wiem, i milczeć w rozkosznej ciemności,
I być dalekim od dobra i równie daleki od złości.

Monday, September 12, 2005

Nieprzystosowanie

Czesław Miłosz


Nie nadawałem się do życia gdzie indziej niż w raju.
Po prostu takie było moje genetyczne nieprzystosowanie.
Na ziemi ukłucie się kolcem róży zmieniało się w ranę, za każdym razem, kiedy za obłok chowało się słońce, czułem smutek.
Udawałem, że jak inni pracuję od rana do wieczora, ale nieobecny, powierzony niewidzialnym krajom.
Dla pociechy uciekałem do miejskich parków, żeby popatrzeć i wiernie malować kwiaty i drzewa, ale te z rzeczywistych zmieniały się w rośliny rajskiego ogrodu.
Nie pokochałem kobiety moimi pięcioma zmysłami, chciałem w niej widzieć jedynie siostrę sprzed naszego wygnania.
Religię ceniłem za to, że na tej ziemi bólu była pieśnią żałobną i proszalną.